Michnik: głos inteligencji zawsze jest mniejszościowy - w czasach KOR-u i dziś
23 września 1976 r. podpisany przez 14 osób apel do społeczeństwa i władz PRL zapoczątkował działalność Komitetu Obrony Robotników. Była to odpowiedź polskiej inteligencji na represje wobec robotników Radomia, Ursusa i Płocka.
PAP: Komitet Obrony Robotników współtworzyli ludzie, których w następnych latach wiele dzieliło. Wśród nich byli Antoni Macierewicz, Piotr Naimski, ale też Jacek Kuroń i pan. Jak to było możliwe?
Adam Michnik: Sam pomysł, żeby coś zorganizować, narodził się w reakcji na represje, jakie władza zastosowała wobec robotników protestujących w Radomiu i Ursusie po podwyżce cen żywności. Byłem w sądzie i obserwowałem to na własne oczy. Staraliśmy się nagłaśniać to, czego byliśmy świadkami. Współorganizowałem list do zachodnich intelektualistów, żeby upomnieli się o prawa represjonowanych robotników. Z kolei Jerzy Andrzejewski, inspirowany przez Antoniego Liberę, który dzisiaj jest w innym obozie, napisał list do robotników Ursusa i Radomia, będący aluzją do jego listu do przewodniczącego Związku Pisarzy Czechosłowackich po radzieckiej interwencji w 1968 roku. Pamiętam, jak Jacek Kuroń napisał publiczny list do Enrico Berlinguera, sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Włoch, w którym prosił włoskich komunistów o pomoc dla polskich robotników.
PAP: Jednak we wrześniu 1976 roku nie było pana w Polsce.
A.M.: Rzeczywiście, jakimś cudem dostałem paszport. Władza chyba uważała, że będę mniej uciążliwy w Paryżu niż w Polsce. Stało się inaczej i de facto podczas pobytu na Zachodzie stałem się nieformalnym ambasadorem KOR-u. Organizowałem akcje solidarności z robotnikami, informowałem o represjach, które spadały na protestujących. To udawało się we Francji, Danii, Szwecji, Włoszech i Wielkiej Brytanii. Było tego dużo. Formalnie nie byłem członkiem KOR-u, ale funkcjonowałem jako jego przedstawiciel, chociaż nikt mnie do tej roli nie wyznaczył. Ale jako członek tego opozycyjnego środowiska uważałem za oczywiste, że nie mogę pozostać bezczynny. Z Jackiem Kuroniem znałem się od czasów harcerstwa, a z Antkiem Macierewiczem od czasów studiów i protestów w 1968 roku.
PAP: Jak wtedy na Zachodzie patrzono na Polskę?
A.M.: Wtedy patrzono na Polskę z ogromnym zaciekawieniem, ponieważ protest pokazał nie tylko niezgodę, ale też sprawczość robotników, bo władza wycofała się z podwyżek. Ludzie nagle zaczęli mówić o prawach robotniczych. To było ważne, bo odwoływało się do dwóch ważnych za granicą języków: antykomunistycznego i lewicowego. Te dwa sposoby mówienia o buncie zbiegły się ze sobą. Pojawiły się pierwiosnki tego, co później nazywano ruchem dysydenckim. KOR był pierwszy, ale niedługo później w Czechosłowacji powstała Karta 77, aktywni byli rosyjscy dysydenci, tacy jak Andriej Sacharow i Josif Brodski. Do tego uaktywniły się środowiska emigracji polskiej, które zareagowały na List 59 wystosowany kilka miesięcy wcześniej przez intelektualistów do władz PZPR w proteście przeciwko umieszczeniu w konstytucji PRL zapisów o kierowniczej roli partii i sojuszu z ZSRR.
PAP: KOR to był inny język, ale też inny sposób działania. Wcześniej opozycjoniści musieli się ukrywać. W KOR wszyscy działali jawnie.
A.M.: W wielu regionach Polski panował zamordyzm. Natomiast w Warszawie, w Krakowie i we Wrocławiu było trochę inaczej. Nie zmienia to faktu, że rok 1976 przyniósł nową jakość. Ludzie przestali się bać. Wyrazem przełamania bariery strachu był KOR, ale też Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela, Konfederacja Polski Niepodległej, Studencki Komitet Solidarności czy Uniwersytet Latający. Te wszystkie inicjatywy były rodzajem laboratorium, w którym tworzyły się zalążki społeczeństwa obywatelskiego. Demokratyczna Polska w miniaturze kształtowała się właśnie w ruchu dysydenckim. Kształtowali go różni ludzie, którzy debatowali i toczyli ze sobą spory, ale wspólnym mianownikiem ich działania była troska o wolność, prawdę i elementarną ludzką godność. Chcieliśmy, żeby człowiek nie był własnością państwa, żeby wyemancypował się od aparatu bezpieczeństwa, partii i propagandy.
PAP: Historycy czasem piszą, że KOR rozpoczął proces, który zakończył się rozpadem PRL-u. Dlaczego władza nie zdusiła tej inicjatywy w zalążku?
A.M.: Sam wielokrotnie się nad tym zastanawiałem. Wydaje mi się, że zadziałały tutaj trzy rzeczy. Po pierwsze, władza lekceważyła KOR. Czym była garstka intelektualistów wobec całej machiny władzy? Myśleli, że nakryją nas czapkami. Po drugie, władza wiedziała, jaką cenę propagandową musiała zapłacić za stłumienie protestów w marcu 1968 roku, i chciała tego uniknąć. Po trzecie, Edward Gierek w dużej mierze opierał swoją politykę na zachodnich kredytach. To dawało dyplomacji państw zachodnich pewne instrumenty wpływu na politykę polskich władz. Jednak Zachód korzystał z tego bardzo ostrożnie, nie pchał się do konfrontacji z Gierkiem, który w sumie był lubiany również za to, że w Polsce nie było więźniów politycznych.
PAP: Władza propagandowo zapłaciła nie tylko za rok 1968, ale również za grudzień 1970 roku, gdy na Wybrzeżu otworzyła ogień do protestujących.
A.M.: Tak, tylko z grudnia wybrnęła poprzez odsunięcie ekipy Władysława Gomułki, na którą została zrzucona odpowiedzialność za rozlew krwi. Natomiast wydarzenia 1968 roku nigdy nie zostały rozliczone, a straty wizerunkowe za granicą były ogromne, gdyż Zachód był wrażliwy na politykę antysemicką i antyinteligenckie nagonki.
PAP: Andrzej Seweryn, który grał esbeka w „Człowieku z żelaza” Andrzeja Wajdy, powiedział bohaterowi granemu przez Mariana Opanię: „Tym się kończy, jak władza chce się kochać ze społeczeństwem”.
A.M.: To genialna rola Andrzeja, który był częścią naszego środowiska i był postacią bardzo jednoznacznie zdefiniowaną. Wielokrotnie gratulowałem mu tej roli. Podobnie było z rolą dziennikarza Jacka Rościszewskiego w „Bez znieczulenia” Wajdy z tego samego czasu. Andrzej traktował rolę esbeka jako dzieło obywatelskie. Oczywiście nienawidził ubeków, bo sam w listopadzie 1968 roku przesiedział w więzieniu za kolportaż ulotek przeciwko radzieckiej interwencji w Czechosłowacji. Ale on w tej roli próbował pokazać sposób myślenia władzy, tak jak ją interpretował. Władza komunistyczna, gdy miała dwie możliwości, zazwyczaj źle wybierała. Rok 1956 był próbą zakorzenienia się w społeczeństwie na fali demokratycznej, a rok 1968 był próbą zakorzenienia się na fali nacjonalistycznej.
PAP: Pana biografia jest częścią inteligenckiej opowieści o polskiej historii, ale po protestach w 1968 roku został pan zmuszony przez władzę do przepracowania dwóch lat jako spawacz. Czego dowiedział się pan o Polsce, wchodząc w robotnicze środowisko?
A.M.: Wychowałem się w inteligenckim środowisku, ale kiedy wyszedłem z więzienia, władza powiedziała, że jeśli chcę wrócić na studia, to muszę najpierw przepracować dwa lata. Najpierw chciałem zatrudnić się w drukarni, ale bezpieka to uniemożliwiła, zapewne w obawie, bym nie wykorzystał maszyn do produkcji opozycyjnych ulotek. Zostałem skierowany do pracy jako spawacz w Zakładach Wytwórczych Lamp Elektrycznych im. Róży Luksemburg na Woli w Warszawie. Było to dla mnie inne doświadczenie, bo człowiek zawsze wiele się uczy, gdy wchodzi w inne środowisko niż to, w którym się wychował. Ale też nie byłem zupełnie zielony, bo zanim do tego doszło, spędziłem półtora roku w więzieniu, gdzie nie siedziałem w celi z intelektualistami. Wiedziałem więc, że są w Polsce ludzie ze środowisk robotniczych, którzy chcą demokracji i wolności, ale są często nierozumiani albo źle rozumiani. Dlatego trzeba nauczyć się ich słuchać. Nie pouczać ich, nie traktować paternalistycznie, nie spoglądać z wyższością. Trzeba rozumieć ich język i ich lęki. Te doświadczenia sprawiły, że później dobrze czułem się w środowisku robotniczym, a na pewno nie czułem się obco.
PAP: KOR był inicjatywą inteligencji, która pomagała robotnikom represjonowanym przez władzę. Czy nie jest tak, że w III RP pozycja inteligencji jest słabsza niż w PRL, a jej głos waży mniej niż kiedyś? Może dziś w ogóle nie jest potrzebna?
A.M.: Zupełnie się nie zgadzam. Weźmy ostatni przykład. Obóz rządzący, walcząc o Trybunał Konstytucyjny, zgłosił kandydaturę ministra Macieja Berka na sędziego. Kto przestrzegał przed takim posunięciem? Inteligencja poprzez organizacje pozarządowe. Zawsze jest potrzebny głos, który ostrzega władzę przed błędami, nawet taką władzę, którą uważa się za swoją. Ten głos inteligencji zawsze będzie mniejszościowy, ale jego siła nie polega na liczebności. Podobnie było z KOR-em: PZPR sądziła, że przykryje go czapkami. Prawie pół wieku wcześniej, gdy sanacja urządziła opozycyjnym politykom proces brzeski, większość społeczeństwa była sparaliżowana. Andrzej Strug musiał wtedy publikować tekst przeciwko represjom politycznym na łamach gazety polonijnej, bo w kraju cenzura zdjęłaby ten tekst. Ale ten pojedynczy głos Struga był dla Polski ważny.
PAP: W sprawie Brześcia protestował też Antoni Słonimski, z którym dobrze się znaliście.
A.M.: Tak. Antoni Słonimski, mój szef, zmarł kilkanaście tygodni przed powstaniem KOR-u, więc nie zdążył wziąć w nim udziału. Ale w grudniu 1975 r. podpisał się pod Listem 59 w proteście przeciwko zmianom w konstytucji. Byłem i jestem dumny z tego, co robił. Miałem szczęście spotkać go w swoim życiu, bo w dużej mierze uformował mnie takim, jakim jestem. Została mi w głowie opowiedziana przez niego anegdota. Otóż podczas rejsu „Batorym” widział, jak różni faceci wychylają się przez burtę i wpadają do morza. W księdze pamiątkowej napisał, że wychylał się i będzie się wychylał, ale tak, aby nie wypaść ani nie wyskoczyć za burtę. Ja też nigdy nie wyskoczyłem za burtę. Ale zawsze starałem się wychylać tak daleko, jak tylko można.
Adam Michnik - współzałożyciel i redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”, historyk, eseista, publicysta polityczny. Od lat 60. jeden z czołowych organizatorów demokratycznej opozycji, m.in. działacz studencki pokolenia '68, członek Komitetu Obrony Robotników, doradca pierwszej „Solidarności”. Wielokrotnie zatrzymywany, aresztowany i więziony, w stanie wojennym internowany. Negocjator strony opozycyjnej podczas obrad Okrągłego Stołu. Po 1989 r. poseł na Sejm. Kawaler Orderu Orła Białego. Autor wielu książek, m.in. „Kościół, lewica, dialog”, „Cienie zapomnianych przodków” czy „Z dziejów honoru w Polsce. Wypisy więzienne”. Ostatnio ukazał się wywiad rzeka, którego udzielił Jarosławowi Kurskiemu, pt. „Adam, syn Ozjasza”.
Rozmawiali Józef Krzyk, Igor Rakowski-Kłos (PAP)
irk/ jkrz/ miś/
Polska, Warszawa









